Wydanie nr: 2 (109) LUTY 2012
ISSN 1643-0883 | RPR 1392



















JAWI

















Comgroup - strony WWW



























TSL-BIZNES

Amerykańskie ukąszenie heglowskie

Bezczeszczenie przez żołnierzy amerykańskich zwłok zabitych Afgańczyków wywołało w świecie islamskim bolesne oburzenie i bezsilną wściekłość. Forma tej profanacji, podobnie jak rodzaj tortur stosowany przez Amery­kanów w Iraku noszą na sobie wyraźne piętno amerykańskiej masowej kontrkultury, epatującej obscenicznością i seksu­alizmem. Żołnierze amerykańscy z drugiej wojny światowej i obecni zdają się pochodzić z dwu odmiennych krajów, dwu różnych narodów. Gdy byłem w Ameryce trzydzieści lat temu, od WASP-ów, białych protestantów, można było usłyszeć na­rzekania na zepsucie obyczajów i pogarszanie się jakości życia. Nie potrafiłem do tego się ustosunkować, rzecz jasna. Mówili w spokojnym tonie i z wyrozumiałością. „Kochamy Amerykę, jaka jest". Dziś niemal wszyscy, którzy stamtąd przyjeżdżają, mówią o psuciu się Ameryki w słowach, w których wyczuwa się głęboki niepokój. Do czego zmierza Ameryka?

Również w swoich działaniach za granicą nie wydaje się zrozumiała. Czemu służą jej mnożące się interwencje zbrojne w różnych częściach świata? Posłali wojsko do Afganistanu podobno po to, by się zemścić za 11 Września, ale nie ukrywa­ją, że plany inwazji były gotowe już za prezydentury Clintona. Proklamowanym celem wojny z Irakiem było zaprowadzenie tam demokracji, która stamtąd miała promieniować i rozsze­rzać się na cały arabski Bliski Wschód. Prezydenta Saddama Husajna kazali powiesić, ofiar śmiertelnych nie udało się do tej pory policzyć, jedni mówią, że 200 tysięcy zabitych Irakij­czyków, drudzy, że 800 tysięcy. Większość zginęła w walkach bratobójczych, które Amerykanie rozpętali.

W wojnie z Libią odgrywali główną rolę; Francuzi i Angli­cy tylko pomocniczą i fasadową. Szefa państwa i tam kazali zabić. Pani Clinton nie bawiła się nawet w szukanie eufemi­zmów; powiedziała: zabić lub schwytać, i każdy rozumiał, że schwytany Kaddafi byłby tylko kłopotem. Cały świat mógł przyglądać się, jak prezydent Barack Obama w gronie współpracowników, wśród których nie zabrakło pani Clinton, przyglądał się zabijaniu Osamy bin Ladena. Co by ten świat powiedział, gdyby prezydent Putin chciał się przyglądać polo­waniu na jakiegoś czeczeńskiego bojownika? Wojna nie tylko w prostych żołnierzach wyzwala barbarzyńskie instynkty.

Powtarzane do znudzenia słowa Francisa Fukuyamy o „końcu historii" odnoszą się w rzeczywistości nie do ja­kiegoś końca, lecz do początku epoki panowania na całym świecie amerykańskiego wzoru ustrojowego. Stany Zjedno­czone nie mają czasu czekać biernie, aż ten wzór mocą swojej słuszności sam się zrealizuje. Zamierzają pomóc zbrojnie idei 1 w tym celu utrzymują armię silniejszą niż wojska wszystkich innych krajów świata razem wziętych. Nie jest rzeczą bez zna­czenia, że ideologiczna i militarna ekspansja rzekomo słab­nącej Ameryki jest opisywana w kategoriach filozofii Hegla, z której pojęcie „końca historii" zostało wzięte. „Ukąszenie heglowskie", którego doznał Francis Fukuyama, w Polsce jest dobrze znane. Samo wyrażenie pochodzi od Czesława Miło­sza, zainspirowanego heglizmem przez Tadeusza Krońskiego, o czym wszyscy wiedzą. Heglizm Fukuyamy został złago­dzony „przez studio Disneya", jak zauważył Emmanuel Todd w swojej kontrowersyjnej książce „Schyłek imperium. Rozwa­żania o rozkładzie systemu amerykańskiego". Wschodnioeu­ropejskie ukąszenie heglowskie miało znacznie więcej treści i bardziej przypominało w smaku wódkę wysokoprocentową niż coca-colę.

Rewolucje, wojny obalają istniejący porządek, ludzie giną masowo, żywi są przepędzani z miejsca na miejsce, z kraju do kraju, miasta się palą i zanim wystygną, figury z marginesów obejmują najwyższe urzędy, a temu wszystkiemu przyświe­ca idea wolności, sprawiedliwości, może być demokracja. Co w tej sytuacji robi myślący człowiek? Rozpacza? Załamu­je ręce? Złorzeczy, sam nie wiedząc komu? Z pocieszeniem przychodzi Hegel i tłumaczy: „Dzieje powszechne nie są krainą szczęścia. Okresy szczęścia w dziejach to puste karty histo­rii...". Dzięki niemu co wydawało się orgią sadyzmu, zyskuje cechę konieczności, a co konieczne, to rozumne. Oczywiście takie rozumowanie nie pogodzi jednostki całkowicie ani z koń­cem, ani z początkiem Historii. Zachowa ona zastrzeżenie su­mienia, reservatio  mentalis, jak mówili scholastycy, i dopiero gdy najgorsze przeminie, wybuchnie ona skumulowanym oburzeniem.

„Stany Zjednoczone - pisze wspomniany Emmanuel Todd - stają się powoli dla świata problemem, mimo że przywy­kliśmy widzieć w nich raczej rozwiązanie problemów. Przez pół wieku były one gwarantem wolności politycznej i eko­nomicznej, obecnie zaś jawią się coraz bardziej jako czynnik międzynarodowego nieładu, wprowadzając, gdzie się tylko da, niepewność i konflikty. (...) Wygląda to tak, jakby Stany Zjednoczone, z jakichś nieznanych przyczyn, dążyły do utrzy­mania na pewnym poziomie napięć międzynarodowych oraz stanu ograniczonej, lecz endemicznej wojny". Rosja i Chiny, „których priorytetem jest rozwój gospodarczy, mają tylko jeden cel strategiczny: nie dać się sprowokować Ameryce". Iran, który odchodzi od tej mądrej polityki siedzenia cicho i sam prowokuje, może gorzko pożałować tej nierozwagi. Todd stawia pytanie, czy Ameryka, „samotne supermocar­stwo", prowadzi destabilizującą świat politykę dlatego, że jest wszechmocna, czy dlatego, że wprost przeciwnie, czuje, że postwojenny świat wymyka się spod jej władzy. W odpo­wiedzi różnię się od autora: gdzie on widzi znamiona schyłku USA, ja domyślam się wzrostu amerykańskiej potęgi. (Źródło: Magazyn „Przegląd”)

Bronisław Łagowski

 


Przedruki tekstów tylko po uzyskania zgody redakcji EuroPartner