Wydanie nr: 3 (181) MAJ 2019
ISSN 1643-0883 | RPR 1392












Pomnik Paderewskiego

Uniwersytet im.Adama Mickiewicza





Gmina Kleczew









Natalii Drukarnia Etykiej

Zakład Gospodarki Komunalnej i Mieszkaniowe w Kleczewie













JAWI





































Edukacja - a może skończyć z eksperymentami?...

Jakkolwiek nie brakuje mi życiowego doświadczenia, które jak wiadomo pozwala wiele rozumieć i zrozumieć, od końca II wojny Światowej, aż do dzisiaj nie mogę pojąć dlaczego, w jakim celu  wszystkie rządy tej naszej biednej Polski „grzebią” w edukacji i zawsze, z coraz gorszym dla niej skutkiem. W Polsce przedwojennej, jak to mówi się ładnie, w II Rzeczypospolitej, mieliśmy stabilny i dobrze działający system edukacji. Dzieci rozpoczynały edukację w siódmym roku życia. W pierwszej klasie Szkoły Powszechnej. Dlaczego w siódmym roku życia? A dlatego, jak dobrze o tym wiedziano, że do siódmego roku życia kształtuje się osobowość młodego człowieka i ten okres sześciu pełnych lat należy pozostawić dziecku w spokoju, aby dziecko mogło oswoić się z nowym swoim życiem, odnaleźć się, rozpoznać swoje możliwości, słabości i siłę. Nikomu do głowy nie przychodziło, żeby dzieci „gnać” do szkoły już w szóstym roku życia, albo nawet, jak to jest teraz modne w niektórych państwach, w piątym roku życia, zaburzając dziecku proces kształtowania się jego  osobowości i poddając je w istocie rzeczy formacji zgodnej z obowiązującą ideologią państwową.

Tak, więc młody człowiek – chłopiec i dziewczynka zaczynali od klasy pierwszej. Szkoła Powszechna miała siedem klas z tym, że był w tym jeden haczyk. Otóż dzieci bardziej inteligentne, osiągające lepsze wyniki, mogły po ukończeniu klasy szóstej  przejść do pierwszej klasy czteroklasowego gimnazjum, Natomiast dzieci, które kończyły siedem klas Szkoły Powszechnej otrzymywały świadectwo pełnego ukończenia edukacji powszechnej i szły, albo do szkół zawodowych, których było bez liku, albo szły wprost terminować do rzemiosła na piekarzy, stolarzy, ślusarzy, fryzjerów lub mechaników, przechodząc wszystkie etapy praktykanta, rzemieślnika, mistrza w zawodzie.

Młodzież gimnazjalna po czterech latach w gimnazjum, gdzie był realizowany program przygotowujący do dalszej edukacji, zdawała tak zwaną małą maturę, aby dostać się do dwuletniego liceum, albo do liceum o profilu humanistycznym, albo do liceum o profilu matematyczno-przyrodniczym. A to już była wyższa szkoła jazdy, kończąca edukację pełną maturą, rzeczywistym świadectwem dojrzałości. Z taką, przedwojenną maturą do dorosłego życia wchodził rzeczywisty inteligent, znakomicie przygotowany i znakomicie wyposażony naukowo nie tylko do pracy umysłowej, ale także do podjęcia studiów uniwersyteckich. Poziom tych przedwojennych maturzystów był tak wysoki, że uzasadnienie do teraz mówi się, iż znacznie przekraczał współczesny poziom absolwentów wielu uniwersytetów.

Oczywiście była to zasługa programów edukacyjnych, ale i - a może przede wszystkim – przedwojennych nauczycieli, wśród których byli nawet nauczyciele akademiccy.

Po zakończeniu II Wojny Światowej na gruzach polskich miast dość szybko odradzało się to szkolnictwo, które opisałem wyżej. Jeszcze tramwaje nie jeździły, a już w samym sercu Warszawy, w ocalałej kamienicy przy ulicy Nowogrodzkiej ruszyło słynne przedwojenne gimnazjum Górskiego ( „Idzie małpa od Górskiego, nosi czapkę kroju francuskiego” śpiewaliśmy sobie pierwsi uczniowie ), a zaraz później męskie gimnazja Rejtana, Staszica, i gimnazjum dla dziewcząt Żmichowskiej. Jednak szczęście trwało krótko. Nowej władzy nie w smak były gimnazja, licea i „gniazda wylęgowe” nowej „przedwojennej inteligencji”. Bardzo szybko zlikwidowano gimnazja, wprowadzono Podstawowe Szkoły ośmioklasowe i dwuletnie licea, dokonano feminizacji zawodu nauczycielskiego, a tak zwany awans społeczny ( z punktu widzenia walki z analfabetyzmem nawet racjonalny )  dokonał reszty. Edukacja polskiej młodzieży stawała się coraz gorsza. W szkołach pojawiły się dwie zmiany, w klasach  bywało po czterdziestu uczniów, a nowi nauczyciele, głownie nauczycielki po tzw. Studiach Nauczycielskich, pożal się Boże, w niczym nie przypominały starych mądrych, dobrych profesorów.

Czas, rzecz jasna robi swoje. Z roku na rok bywało coraz lepiej, ale nowe programy edukacyjne , zmieniane pod potrzeby władz, upośledzenie finansowe nauczycielek, to wszystko nie wróżyło dobrze. Z maturami wychodzili młodzi ludzie,  którzy nie znali dobrze matematyki, łacina, greka, propedeutyka filozofii, języki obce, astronomia, a nawet kompendium literatury światowej, to wszystko było dla nich wiedzą tajemną. Jak zawsze zdarzały się też znakomite szkoły, zdarzali się znakomici nauczyciele i znakomici maturzyści, ale generalnie było to kiepsko, źle i coraz gorzej. Aż do teraz. Kiedy wskutek przerwanego właśnie strajku nauczycieli „mleko rozlało się”. I nagle obecna polityka, obecny rząd stanęli przed problemem edukacji. Tematem dnia stały się płace nauczycieli, ich poziom naukowy, programy szkolne i cała struktura edukacyjna. Co robić z tym fantem? Okrągły, czyli kwadratowy stół na Stadionie Narodowym, wzniosła konferansjerka polityków, narady, dyskusje i to tradycyjne „rozmawiajmy”…

Znowu szykuje się jakaś rewolucja edukacyjna. A wystarczyłoby tylko przypomnieć sobie i  wdrożyć to, co pozostawiła II Rzeczpospolita, zmieniając tylko, a właściwie dostosować programy do współczesnej epoki. Otworzyć wrota tworzeniu się prawdziwej inteligencji. Mądrej, twórczej, ukształtowanej na miarę wyzwań epoki.

Skończyć raz na zawsze z iluzją, że mamy wykształcone społeczeństwo. Ale jak wykształcone?

Jerzy A. Gołębiewski.  


Przedruki tekstów tylko po uzyskania zgody redakcji EuroPartner



Witryna, na której się znalazłeś wykorzystuje pliki cookies, dalsze korzystanie z niej oznacza wyrażenie zgody na wykorzystanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz w Polityce Prywatności.

Tak, rozumiem