Wydanie nr: 2 (174) MAJ 2018
ISSN 1643-0883 | RPR 1392












Pomnik Paderewskiego





Gmina Kleczew









Natalii Drukarnia Etykiej

Zakład Gospodarki Komunalnej i Mieszkaniowe w Kleczewie













JAWI





































Relikt przeszłości...

Przepracowanie, stres, niezdolność do skupienia uwagi na powierzonym zadaniu - historie opisujące te stany przewijają się w mediach od wielu lat. Weźmy chociażby Susan, amerykańską nauczycielkę w szkole podstawowej w stanie Michigan, wykonującą swój zawód od 12 lat, dla której luksus pracy w normowanym wymiarze czasu dawno jest tylko wspomnieniem. Mimo że Susan pracuje w sektorze publicznym, teoretycznie lepiej dbającym o prawa pracownicze niż nakręcany presją zysku sektor prywatny, jej praca już dawno nie zamyka się w przedziale od-do. Jak opowiedziała magazynowi „MotherJones", likwidacje kolejnych placówek, łączenie szkół, napływ dzieci imigrantów i jednoczesna redukcja nakładów na szkolnictwo spowodowały, że Susan w tygodniu pracuje przeciętnie 60 -70 godzin. A warunki jej pracy w ogóle się nie polepszyły.

Steven, kontroler ruchu lotniczego z Florydy, z powodu szybkiego rozwoju transportu lotniczego i niedoborów kadrowych pracuje na nocnych zmianach dwa razy częściej niż jeszcze siedem-osiem lat temu. „Boję się o swoje zdrowie - mówił reporterom „MotherJones" - bo nie chcę skończyć jak mój młodszy o siedem lat kolega, który kilka dni temu wyszedł z pracy, wszedł do domu, nalał sobie drinka, usiadł w fotelu i zmarł na zawał".

Z drugiej strony niemało jest historii takich jak Mattiasa Torneya, szefa działu bezpieczeństwa cyfrowego w firmie doradczej Wedbush Securities. Mattias opisał na blogu, jak co najmniej raz na kwartał zwalnia z firmy kogoś, kto przez nieuwagę i brak koncentracji naraził na szwank bezpieczeństwo klientów w korespondencji elektroniczej. Z kolei Christina Buiza, ekspertka od marketingu w start-upie technologicznym Zapier, pracując od pięciu lat zdalnie, kompletnie rozregulowała swój zegar biologiczny, obsługując telekonferencje i robiąc prezentacje w dowolnym momencie doby.

Przykłady te pokazują, że stary, dobry, ośmiogodzinny dzień pracy jest reliktem przeszłości, a w kwestii ram czasowych rynek czeka zmiana, która zakończy pewną epokę.

Praca na zawołanie

Do reformy czasu pracy można podejść z różnych stron, jak do każdego problemu rynku pracy. Przede wszystkim schemat ośmiu godzin dziennie jako bloku spędzanego na ciągłej pracy jest już nieefektywny w wielu gałęziach gospodarki. W dobie zglobalizowanej produkcji i umiędzynarodowienia sektora usług coraz więcej branż pracuje „na zawołanie". Radykalnie kurczy się grupa przedsiębiorstw, w których da się ustalić sztywne ramy czasowe. Dotyczy to nawet przemysłu ciężkiego, gdzie do tej pory system ośmiogodzinnych zmian trzymał się najmocniej, również ze względu na tradycję walk o prawa pracownicze i silniejszą niż w małych i średnich firmach pozycję związków zawodowych. Innymi słowy, często ośmiogodzinna ciągła praca wiąże się z „martwymi przebiegami" przy jednoczesnych niedoborach mocy przerobowych w innych momentach. I choć zeszłoroczne dane amerykańskiego Biura Statystyk Rynku Pracy pokazują, że większość aktywnej zawodowo populacji wciąż spędza na obowiązkach zawodowych ok. 8,8 godziny w cyklu dobowym, jednak są to dane sumaryczne. Często bowiem tych 8,8 godziny jest przedzielone dłuższymi przerwami związanymi z obowiązkami domowymi, edukacją czy szybkim przeskakiwaniem z jednej pracy do drugiej.

Co więcej, ośmiogodzinna praca jest reliktem również z punktu widzenia wydajności pracownika. W przeciwieństwie do naszych rodziców, nie mówiąc o dziadkach, nie jesteśmy bowiem w stanie tak długo utrzymać skupienia na czynnościach z tej samej dziedziny. To jedno z następstw rozwoju cywilizacyjnego, do którego mózg adaptuje się niezależnie od naszej woli. Tegoroczne studium opublikowane przez sekcję badawczą Microsoftu ujawniło, że przeciętny Amerykanin aktywny zawodowo jest w stanie utrzymać maksymalną koncentrację na jednym obiekcie, wątku bądź temacie przez zaledwie osiem sekund. To wynik gorszy niż u złotej rybki. Inne narody nie są pod tym względem lepsze. Wynik poniżej 10 sekund w tego typu badaniach zanotowano u Brytyjczyków, Francuzów, Japończyków, Niemców i Włochów.

Rozproszeni

W dodatku dzisiejszy świat oferuje nam znacznie więcej bodźców, na które reaguje mózg, lub zwyczajnych „rozpraszaczy". W tej ostatniej kategorii prym wiodą media społecznościowe, z których korzystamy przeciętnie już 137 minut dziennie, aż półtora raza więcej niż jeszcze w 2012 r., jak informuje wpływowy amerykański magazyn „Wired". W obliczu pojawienia się w naszym dziennym budżecie czasu tak istotnej nowej pozycji wszystkie inne muszą się zmienić.

Wreszcie być może kluczowym argumentem przemawiającym za zmianą dobowego rytmu pracy jest zdrowie pracowników. Współczesna cywilizacja oprócz braku uwagi przyniosła bowiem dużo większy niż w poprzednich pokoleniach stres, coraz częściej prowadzący do chorób psychicznych i poważnych dolegliwości fizycznych. Ludzi zabija nie tylko presja wyniku i brak bezpieczeństwa finansowego, ale też nieumiejętność relaksu. Innymi słowy, problemem wielu osób aktywnych zawodowo jest to, że „są w pracy", nawet kiedy nie pracują. Potrzeba bycia nieustannie dostępnym i przepracowanie, przez które wiecznie zalegamy z zadaniami i zawsze zostaje nam coś do zrobienia z poprzedniego dnia, powodują, że nie umiemy odpoczywać. Badania przeprowadzone w zeszłym roku na zlecenie BBC pokazały, że zaledwie 53% Brytyjczyków wraca z urlopu „częściowo" lub „całkowicie" wypoczętych, przyznając, że nie myśleli o pracy. Czyli co drugi pracujący mieszkaniec Wysp nie umie już wypocząć mentalnie.

Pożytek z drzemki w pracy


Jak więc przeprogramować się na nowy wymiar czasu pracy? Tu  znowu potrzebne będzie partnerstwo pracodawców i pracowników. Współpracujący z Bankiem Światowym psycholog i ekonomista dr Travis Bradberry pisze w swoim najnowszym opracowaniu, że idealną proporcją dla naszego mózgu jest 17 minut przerwy przypadające na każde 52 minuty pracy. Przy takich wartościach jesteśmy najbardziej wydajni w pracy, a dzięki relatywnie krótkiej odległości dzielącej nas od przerwy jesteśmy w stanie lepiej oprzeć się pokusom szybkiego rozproszenia, jak chociażby odruchowe sprawdzenie Facebooka czy Twittera. Trudno jednak wyobrazić sobie funkcjonowanie takich proporcji w praktyce. Bradberry podsumowuje tekst radą, by „wziąć sprawę swojego zegara pracowniczego we własne ręce" i „w razie zmęczenia robić przerwy, zamiast heroicznie z nim walczyć". Ale to może pomóc co najwyżej osobom samozatrudnionym, freelancerom, ewentualnie ludziom łączącym pracę w niepełnym wymiarze czasowym z edukacją. Trudno sobie bowiem wyobrazić kawiarnię, urząd czy sklep zamykany na kwadrans co godzinę.

Wydaje się, że z punktu widzenia pracodawców drogi są dwie. Albo dzień pracy zostanie zredukowany np. do sześciu godzin, co postulują już niektóre formacje lewicowe w Europie (w Polsce adwokatem takiego pomysłu jest m.in. partia Razem), albo - co bardziej prawdopodobne - przestaniemy niedługo w ogóle używać określenia „czas pracy". Firmy na całym świecie robią bowiem wszystko, by ograniczyć pracownikom pozornie „zbędny" czas poświęcany na dojazdy czy zakupy. Nie będziemy pracować mniej czy inaczej, by mieć więcej wolnego czasu. Praca stanie się wolnym czasem, a wolny czas - pracą. I nie chodzi tu już o umilanie czasu w biurze stołem z „piłkarz kami”, dobrze wyposażonym bufetem czy konsolą do gier.

Coraz częściej przy siedzibach dużych firm mieszczą się całe instytucje, które mają zmaksymalizować czas spędzany w miejscu pracy. Doskonałym przykładem są chociażby firmy londyńskie. W budynku jednego z wielkich banków inwestycyjnych są też przedszkole pracownicze, przychodnie i gabinet fizjoterapeuty czy pokoje przeznaczone do krótkich drzemek w pracy. Na firmową siłownię nie trzeba przynosić własnych rzeczy - firma oferuje oznaczone swoim logo ubrania, które potem można wrzucić do kosza, odsyłanego, jakżeby inaczej, do pralni znajdującej się w tym samym budynku.

Ośmiogodzinny dzień pracy jest reliktem przeszłości i nie ma co do tego wątpliwości. Trendy rozwoju cywilizacji i rynku pracy dość jasno wskazują jednak, że nie zostanie on zastąpiony nowym rozwiązaniem tego samego typu. Niebawem czeka nas nie tylko zdefiniowanie na nowo pojęcia etatu, ale i tego, czym tak naprawdę jest praca. (Źródło: Tygodnik „Przegląd”)

Mateusz Mazzini

 


Przedruki tekstów tylko po uzyskania zgody redakcji EuroPartner


Charyzma ery Jazzu...

Jeśli pragniesz być legendą, musisz mieć charyzmę. Tak się dzieje od lat w przypadku cyklu koncertowego Era Jazzu, którego dyrektorem jest Dionizy Piątkowski. Tak się zdarzyło również obecnie – w dniach od 11 do 15 kwietnia br. w Poznaniu. Wspomniana charyzma miała brzmienie nie tylko klasycznych, popularnych jazzowych instrumentów. Niosła w sobie także dźwięki harmonijki chromatycznej czy fluegehornu. Artyści o międzynarodowej renomie spotkali się w harmonii kultury poznańskiej, polskiej i światowej. Jazz stał się głosem myśli i impulsem serca.

Na początku był rytm. Dopiero później zagrał cały świat muzyki – w dobitny sposób udowodnił to poznański koncert Nicholasa Paytona, jednego z najważniejszych światowych trębaczy. Ten multiinstrumentalista, ale również wokalista i kompozytor zainaugurował kwietniową edycję Ery Jazzu – 11 kwietnia br. Dźwięki jego trąbki niosły w sobie klasę legendarnych nagrań (znanych np. z płyt winylowych), innowacyjność autorskich pomysłów oraz dynamikę solowych opowieści. Wszystko w tonacjach, które poruszały zmysły jazz fanów i osób, które pragnęły go wysłuchać z ciekawości. Parafrazując znane przysłowie – tym razem ciekawość ta nie była pierwszym krokiem do piekła, ale do nieba. Groove jego błękitu – bo taki kolor miało brzmienie trąbki Paytona, podsycali, a niekiedy tonowali Barry Stephenson na kontrabasie i Joe Dyson na perkusji. Gratką było wysłuchanie Paytona jak śpiewa i melorecytuje. Dla takich artystów jak Nicholas Payton scena jest życiem. Ono zaś tożsamością sceny.

Siłę Ery Jazzu ujawniają spotkania szacunku do historii jazzu z ambicjami współczesności – aby nadać jej rangę historyczną. Brawurowym tego przykładem jest dostrzeganie młodej krwi i przetaczanie jej pomysłów na scenę, gdzie jej talent może być doceniony i promowany. Służy temu Nagroda „Era Jazzu Prize”, której tegorocznym laureatem został Kacper Smoliński, poznański muzyk i kompozytor. Co ciekawe, jedyny Polak i jeden z niewielu muzyków w Europie studiujących jazzową harmonijkę chromatyczną. Drugiego dnia cyklu koncertowego Smoliński dał popis miłości do harmonijki. Stwarzał wrażenie, że ma ją opanowaną do perfekcji. Przejmująco grał solówki oraz partie zespołowe. Ekspozycja dźwięków była jasna i klarowna. Kompozycję przeżyć publiczności frazował zespół w składzie: Attila Muehl – gitara; Adam Zagórski – perkusja; Alan Wykpisz – kontrabas i Tomek Sołtys – fender rhodes.

W czwartkowy wieczór na stojąco oklaskiwaliśmy TINGVALL Trio w ispiracji „Nordic Sounds, Jazzy Night”. Kulturę swojej muzyki czerpią z kultowego E.S.T. trio czy amerykańskiego Bad Plus trio. „Scandinavian jazz-piano style” zyskuje dzięki nim inny wymiar – taki, który warto poznać, bo odkrywa nowe spojrzenie na emocje jazzu. Interpretacja jego sztuki jest u nich nie tylko oryginalna, ale również uniwersalna. Wszystko dzięki zgraniu fraz rodzonych pod palcami Martina Tingvalla (fortepian) z odcieniami nastrojów kontrabasu Omara Rodrigueza Calvo oraz głosu perkusji Jürgena Spiegel’a. I choć nazwa trio firmowana jest nazwiskiem pianisty, każdy z tych muzyków zasługiwałby na miano lidera. Ich muzyka ma w sobie coś ze szwedzkiego morza i jeziora. Jest bezkresna i pełna przestrzeni. Można się w niej zanurzyć (bez obawy utopienia – jej niezrozumienia). Można przeglądnąć się w jej lustrze. Jeśli jest chłodna, daje orzeźwienie. A gdy staje się żarliwa, zaprasza na plażę w środku lata. Jej krajobraz jest syntezą kropel jazzu, folku, muzyki klubowej i klasycznej. Zdarzeniem bezprecedensowym było zagranie przez TINGVALL Trio dwóch utworów wespół z Kacprem Smolińskim. Młody jazzman dobrze sobie poradził z okiełznaniem harmonijki. Martin Tingvall dawał mu możliwość zaistnienia, co Smoliński wykorzystał w solówkach i pełnym pasji frazowaniu nut.

W piątek z C.K. Zamek przenieśliśmy się do Blue Note. W poznańskim klubie wystąpił E.J. STRICKLAND Quintet – New York, New Jazz. Amerykański perkusista E.J. Strickland w ujawnił dwie twarze – twórczą elitarność i wirtuozerską precyzyjność. Kompozycje wykonane przez jego grupę były niekonwencjonalne i koncepcyjne. Forma nie dominowała jednak nad treścią. Była z nią tożsama, głównie w uzupełnianiu się saksofonów Marcusa Strickland’a i Godwina Louis’a. Kontrabas Josha Ginsburg’a miękko osadzał się w wyobraźni dźwięków fortepianu Taber Gable’a. Całość brzmiała charyzmatycznie. Tajemnicę brzmienia, głównie w chwilach solówek, obnażały emocje utożsamiane z pragnieniem wyznaczania standardów nowoczesnego jazzu. Dla publiczności Ery Jazzu to pragnienie okazało się spełnieniem. 

Sobotni „Paris In the Rain” Sarah McKenzie można było nazwać „Poznań In the Sun”. Tak, głos tej australijskiej wokalistki i pianistki był pełen świtu. Koncert „From Standards With Love” był stylowy, a jednocześnie malowniczy w odcieniach uczuć. Tytułowe „love” nie było jednak standardowe. Sposób interpretacji utworów kołysał swingiem, przytulał bossa nową, rozpalał bluesem. Tak, jazz, który rozognia rytm serca McKenzi jest panem w muszce i w smokingu. Przywodzi na myśl, że pan w obecności pięknej kobiety może być gentlemanem, a pani – damą. Jeśli doceni się jej wdzięk i klasę. Nie dziwmy się zatem, że Sarah McKenzi zebrała gromkie brawa, skoro właśnie wspomnianą klasę podarowała słuchaczom. Melodia, harmonia i autorska wizja to trzy drogi, które prowadziły nas poprzez opowieść po tych niestandardowych standardach…  Smaczku dodawała obecność na scenie muzyków młodego pokolenia z Poznania. Wystąpili w zastępstwie za muzyków grających na co dzień z McKenzie, ale brzmieli jakby występowali z konieczności.

Finałem kwietniowej Ery Jazzu był dynamiczny występ duetu osobowości Omara Sosa’y i Paolo Fresu. Pierwszy z nich, w brzmieniu fortepianu, inspirował swoje afro-kubańskie korzenie do spotkania z wrażliwością Europejczyka. Z kolei Fresu z wrodzoną włoską przekorą tworzył improwizacje, które nie godzą się na żaden kompromis. Dźwięki jego trąbki i fluegehornu były mądre i temperamentne. Genialne wręcz frazowania na jednym oddechu marzeń, zaskakujące zespolenia nut, ósemek, szesnastek… słoneczna nostalgia układów harmonicznych zadecydowały o oryginalności i twórczej świeżości tego koncertu. Na jedynym występie tego duetu w Polsce, usłyszeliśmy to, co we wspomnianym stylu jest kwintesencją jazzu.

Dominik Górny
 


Przedruki tekstów tylko po uzyskania zgody redakcji EuroPartner



Witryna, na której się znalazłeś wykorzystuje pliki cookies, dalsze korzystanie z niej oznacza wyrażenie zgody na wykorzystanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz w Polityce Prywatności.

Tak, rozumiem